-Tak, tak już wstaje. Dwie minuty i wstaje.
-Ja znam twoje "Dwie minuty". Wstawaj!
-Dobra, już...-Powoli zwlekam się z łóżka, patrze na telefon, aby sprawdzić, która godzina. 6;57. Jak zawsze punktualnie, "mama" jak zawsze punktualnie wychodzi do pracy. Czemu "mama"? Nie jest moją mama, nawet nie mamy takiego samego nazwiska i to z jej wyboru. Clove Hale. Eva Wellson. Chociaż dobrze, ze mam świadomość tego, że jestem adoptowana, a nie jak wiele dzieciaków dowiaduje się dopiero po ukończeniu 18 lat, lub i później.
Słyszę zamykanie drzwi wejściowych i wchodzę do mojej łazienki. Codzienna rutyna. Mycie zębów, prysznic, mycie włosów, makijaż, suszenie włosów, ubranie się, ścielenie łózka. Pakuję torbę do szkoły i schodzę na dół. Kolejna rutyna, robię kawę i płatki na mleku. Siadam do stołu i zaczynam jeść. Jak zawsze. Co z tego ze w Beacon Hills? Jest jak zawsze. Zmywam po sobie, biorę klucze do mieszkania, wychodzę, zamykam drzwi i szukam w torebce kluczyków do samochodu. Która godzina? 7;52. Świetnie.
-Cholera!-Wykrzykuję przez przypadek. Przeszukuje torebkę, tym razem w poszukiwaniu kluczu do mieszkania i wbiegam do domu jak poparzona. Szukam w salonie i kuchni-nie ma. Wbiegam do pokoju na górze, przeszukuje cały pokój. Nie ma. Jeszcze bardziej zdenerwowana biegnę do łazienki. Mądrze. Kluczyki do samochodu na umywalce. Brawo, Clove! 8:02. Już spóźniona. Biegnę na dół, zamykam drzwi i wsiadam do samochodu. Staram się być jak najszybciej w szkole, ale jak zawsze nic nie idzie po mojej myśli. Praktycznie za zakrętem zatrzymuje mnie policja.
-Poproszę prawo jazdy i dowód. -Szeryf. Super. Jeszcze jakby to był normalny glina to lepiej, ale szeryf? Nie ma nic lepszego do roboty? Serio? Szeryf Stilinski. Nie znam. No dobra. Sięgam do torby i wyjmuję prawo jazdy i dowód.
-Jesteś tego świadoma, że przekroczyłaś dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym?
-A czy Pan jest świadomy, ze to mój pierwszy dzień szkoły i jestem spóźniona?
-Beacon Hills High School?
-Tak. Mogę już jechać?
-Mój syn, Stiles tam chodzi. -Niech już przestanie gadać, chcę jechać.
-To fajnie. -Próbuję się uśmiechnąć, choć jestem zła, zmęczona i spóźniona.
-Dobra, możesz jechać, tylko uważaj, tym razem ci odpuszczę.
-Dziękuję. -Chociaż w myślach mam ochotę mu przywalić to i tak się uśmiecham i jadę.
Docieram do szkoły godzina 8:21. I kolejna niespodzianka. Dyrektor na korytarzu, mam nadzieje że moja sala jest gdzieś obok mnie i mu zwieje, ale nie. Jak zawsze, Clove musi mieć najgorzej, bo czemu nie?
-Panna Hale? -Krzyczy dyrektor. Wpadłam. -Lekcje się zaczęły dwadzieścia minut temu!
-Wiem, wiem ja... ja tylko jechałam i... i zatrzymała mnie policja.
-Co zrobiłaś?!
-Nie, nic złego, tylko kontrola.
-Lepiej będzie jak cie odprowadzę do sali. Miałem cię przedstawić, ale spóźniona. -Nic gorszego się już chyba dziś nie wydarzy. Chociaż, to ja. Clove. Nic nigdy nie wiadomo.
-Przywitajmy kolejną nową koleżankę, miałem ją przedstawić wcześniej, ale się trochę spóźniła. -Wchodzimy do klasy ,a ja jak zawsze udaję szczęśliwą i się uśmiecham. -Clove Hale. Przywitajcie ją ciepło.
Wszystkie miejsca są zajęte, jest tylko jedno wolne, za jakimś chłopakiem. To jest już lepsza wiadomość. Siadam i wyjmuje segregator, widzę że wszyscy mają otwarte na konkretnej stronie, a obiecywałam sobie, bez wilczych mocy kiedy nie są naprawdę potrzebne. Nie mam nikogo bliżej, aby zapytać więc stukam lekko w plecy chłopaka przede mną, który natychmiast się odwraca.
-Ej, cześć, na której stronie mam otworzyć? -On bierze mój segregator i przewraca kartki na odpowiednia stronę i się do mnie uśmiecha. -Dziękuję. -Próbuję się słodko uśmiechnąć co mi raczej nie wychodzi.
Kiedy długa i nudna lekcja wreszcie mija (bo czego innego można spodziewać się po biologii?) podchodzi do mnie ładna, ciemnowłosa dziewczyna.
-Cześć, jestem Charlotte, miło mi cię poznać. Wiem, trochę staroświecko z tym "miło mi cie poznać". Przyzwyczajenie.
-Cześć, Clove. -Mam coś mówić o tym poznawaniu? Nie mam pojęcia, ale powiem, aby było jej milo. -Mi też m-miło mi cię poznać.
-Nie musiałaś się przedstawiać, znam cię. -Co? Skąd? Ja jej w życiu na oczy nie widziałam. Charlotte obejrzała się na boki czy nikt nie słucha, ani nie patrzy. -Jesteś wilkołakiem. I to legendą. Fioletowe oczy. Wiem, ponieważ jestem czarownicą, one wiesz, znają się na takich rzczach?
-Co? Co proszę?
-Clove, nie udawaj, nawet cię widziałam. -Dobra to zaczyna robić się dziwne. -Po prostu mi zaufaj, nie chcę źle, chcę się z tobą zaprzyjaźnić.
-Nie no, okej ja ci ufam, tylko gdzie ty mnie widziałaś?
-Mieszkałaś wcześniej w Seattle, prawda?
-Tak.
-To własnie tam. Idziemy?
-Gdzie? -Kompletnie tracę głowę. Nie mam pojęcia co się własnie stało. Czy rozmawiam z czarownicą, która chce być moją przyjaciółką...? Nie rozumiem. Nie chcę rozumieć.
-No chyba do szafek, po książki i segregatory na następna lekcje? To, że jesteśmy supernaturalne nie oznacza, że nie mamy normalnego życia. I jeszcze do automatu, umieram z głodu.
-A, tak chodźmy.
-Można to nazwać pewnym rodzajem "magii". -Czy ona miała na myśli bulimię...? Wolę nie wiedzieć. Oni już szli w naszą stronę. O nie. Co ona im powie? Jak to, że mi się podoba pan S. to ze strony ludzkiej powinno to być dla mnie okropne, ale ze strony wilkołaka-dobre.
Kiedy długa i nudna lekcja wreszcie mija (bo czego innego można spodziewać się po biologii?) podchodzi do mnie ładna, ciemnowłosa dziewczyna.
-Cześć, jestem Charlotte, miło mi cię poznać. Wiem, trochę staroświecko z tym "miło mi cie poznać". Przyzwyczajenie.
-Cześć, Clove. -Mam coś mówić o tym poznawaniu? Nie mam pojęcia, ale powiem, aby było jej milo. -Mi też m-miło mi cię poznać.
-Nie musiałaś się przedstawiać, znam cię. -Co? Skąd? Ja jej w życiu na oczy nie widziałam. Charlotte obejrzała się na boki czy nikt nie słucha, ani nie patrzy. -Jesteś wilkołakiem. I to legendą. Fioletowe oczy. Wiem, ponieważ jestem czarownicą, one wiesz, znają się na takich rzczach?
-Co? Co proszę?
-Clove, nie udawaj, nawet cię widziałam. -Dobra to zaczyna robić się dziwne. -Po prostu mi zaufaj, nie chcę źle, chcę się z tobą zaprzyjaźnić.
-Nie no, okej ja ci ufam, tylko gdzie ty mnie widziałaś?
-Mieszkałaś wcześniej w Seattle, prawda?
-Tak.
-To własnie tam. Idziemy?
-Gdzie? -Kompletnie tracę głowę. Nie mam pojęcia co się własnie stało. Czy rozmawiam z czarownicą, która chce być moją przyjaciółką...? Nie rozumiem. Nie chcę rozumieć.
-No chyba do szafek, po książki i segregatory na następna lekcje? To, że jesteśmy supernaturalne nie oznacza, że nie mamy normalnego życia. I jeszcze do automatu, umieram z głodu.
-A, tak chodźmy.
Kilka następnych lekcji jak zawsze minęły nudnie i cały czas się wydłużały, wieczność dosłownie. Wreszcie przyszła przerwa obiadowa. Myślałam, że umrę na tych lekcjach. Poznałam jeszcze parę osób: Jacksona, Lydię, Allison i Danny'ego. Miłe osoby. No dobra, może nie wszystkie. Tym bardziej Jackson. Jest przystojny, ale... nie miły. Stanowczo nie.
-Wreszcie przerwa obiadowa, jestem straasznie głodna.
-Charlotte, dopiero co jadłaś...
-No i?
Stanęłyśmy razem w kolejce i wiedziałam że coś nie gra. Pachniało tu wilkołakiem. Tak wiem, miało być bez żadnych wilczych mocy, ale no, tu chodzi o życia!
-Ej, Charlotte...
-Hm? -Zastanawiam się czy powiedzieć Charlotte o wilkołaku, ale zostawię to chyba dla siebie. Nie znam jej, nie wiem co zrobi z tą informacją. Wydaje się normalna, ale nigdy nic nie wiadomo, tak?
-Co bierzesz do jedzenia?
-Coś najbardziej kalorycznego, a ty?
-Sałatkę chyba...
-Po co marnować życie na "sałatkę"? -I w tym momencie to poczułam. Wilkołaka. Stał dokładnie za mną.
-Charlotte... -Szepnęłam. -Kto to jest ten za mną?
-To jest chyba Sean... lub Sam... lub Scott... -Nie wiedziała tego, co było jak na razie jedyną informacją, której potrzebowałam, fajnie. -W każdym razie McCall. A co?
-Nie, nic takiego.
-Podoba ci się, co? -Dobrze, że myśli o tym, a nie o czymś innym. Typu, że to supernaturalny.
-Nie jest w moim typie. Wolę zabawnych, otwartych i chociażby przystojnych lub nawet ładnych.
-Słuszna uwaga. -Odwróciłam się aby spojrzeć na pana S. McCall'a, który w najlepsze rozmawiał ze swoim przyjacielem. Przysłuchałabym się ich rozmowie, ale w tym momencie miałam wziąć lunch.
-Sałatkę cezar.
-2,50. -Wyjęłam z torby portfel i zapłaciłam kucharce. Jakość dania nie była... hm... powalająca. Nawet nie była dobra, ale robiłam się już strasznie głodna. Kiedy odchodziłam próbowałam się przyjrzeć z daleka zachowania McCall'a i jego przyjaciela. Nic w tym nie było dziwnego. Brali jedzenie, płacili i szukali wolnego stolika, kiedy my z Charlotte siedziałyśmy już w świętym spokoju z daleka od tamtych. Widziałam, że Charlotte się za mnie pytająco patrzy, a ja tylko podniosłam jedną brew, bo nie miałam pojęcia o co jej chodzi.
-McCall! -Niespodziewanie krzyknęła. -Choć no tu razem ze swoim przyjacielem! -Krzyknęła przez całą stołówkę.
-Co ty wyprawiasz!?
-No wołam twojego kochasia, a co?
-Nie jestem w nim zakochana!
-Ta, a ja nie jem 3000 lub więcej kalorii dziennie.
-A jesz?
-A nie?
-Jesteś przecież chuda.
-Można to nazwać pewnym rodzajem "magii". -Czy ona miała na myśli bulimię...? Wolę nie wiedzieć. Oni już szli w naszą stronę. O nie. Co ona im powie? Jak to, że mi się podoba pan S. to ze strony ludzkiej powinno to być dla mnie okropne, ale ze strony wilkołaka-dobre.
-Co chciałaś? -Zapytał McCall Charlotte z lekkim strachem i trochę spoglądając na nas.
-Przysiądziecie się do nas? Bo widziałam, że szukacie miejsca. -Odpowiedziała jak zawsze "milo" Charlotte.
-Tobie co się stało? Nawróciłaś się? -Zapytał kolega wilczka.
-Stilinski, tobie gorzej? Siadaj i nie marudź po chyba po raz pierwszy w twoim nędznym życiu dziewczyna, a nawet dwie, prawda Clove? Zapraszają cię do stolika, więc usadź swój tyłek na tym krześle i przestań marudzić. -I miła Charlotte znikła już z powierzchni ziemi. Aż się uśmiechnęłam pod nosem.
-Miła jak zawsze. -Charlotte uśmiechnęła sie wrednie, a oni wystraszeni usiedli z nami. Zaraz po tym dosiadły się kolejne osoby. Lydia, Allison, Jackson i Danny. Mina rzekomego Stilinski'ego przekraczała wszelkie granice kiedy zobaczył Lydie Martin. Myślałam, że wybuchnę śmiechem i prawie tak było. Pochyliłam się do ramienia Charlotte i zaczęłam się tak śmiać, że pomimo nie było mnie widać to i tak wszyscy się na mnie popatrzyli. Wymieniłam spojrzenia z Charlotte, jak dawne znajome i wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Umiesz czytać w myślach czy co? -Szepnęłam.
-Nie, ale mina Stiles'a przebiła wszystko.
-Kogo?
-Stiles Stilinski. To jego imię, Stiles. -Dopiero teraz coś ogarnęłam. Stiles Stilinski. Jak szeryf, no to nieźle. To syn szeryfa. Ma szczęście chłopak.
-Clove, jesteś tu nowa, więc poinformuje cię, że jutro jest moje impreza urodzinowa na, która przychodzą WSZYSCY. -Kiedy usłyszałam jej sposób mówienia i podkreślenia słowa 'wszyscy', jeszcze bardziej się przekonałam, że jest pusta. -Ty też przyjdziesz? -Raczej lubię imprezy, ale jak na razie nikogo tu nie znam i nie mam z kim pójść i no nie wiem, po prostu nie mam ochoty. Musze się jakoś wykręcić.
-Nie wiem, nikogo tu nie znam, nie mam z kim pójść, sama wiesz? -Mam nadzieję, że wykręciłam się z tego bagna.
-Zaraz ci kogoś znajdziemy, nie martw się. -Lydia się uśmiechnęła. Fajnie, znajdzie mi kogoś. Nie ma się przecież czym przejmować. Pójdę z jakimś życiowym łamagą. Dobra. Wszystko będzie super! -Stiles? Idziesz już z kimś?
-Nie, nie idę. -Pójdę ze Stilinski'm na imprezę na, której przecież będą 'WSZYSCY' (w myślach naśladuję głos Lydii Martin). W rzeczywistości ładnie się uśmiecham, aby chłopczykowi nie zrobiło się smutno i przysłuchuję się rozmowie, o tym z kim mam iść na imprezę, chociaż ta rozmowa odbywa się bez mojej ingerencji.
-Pójdziesz z Clove? Bo ona nie ma z kim iść, bo się dopiero co wprowadziła i wiesz... -Głos Martin staje się jeszcze bardziej denerwujący, bo przeszła na tryb słodkiego cukiereczka.
-P-pewnie. -Chociaż jak tak pomyśleć to on wcale nie jest taki zły. Jest dziwny, to prwada, ale każdy jest w jakimś stopniu dziwny. Ja też. Może by my dać szansę, tak? To w końcu ja biorę tabletki na uspokojenie...
-Widzisz, Clove! Już masz partnera!
-Dziękuję, Lydia. -Uśmiechałam się jak zawsze kryjąc co czuję tak na prawdę.
-Nie ma za co, przecież dla jednej z moich przyjaciółek zrobię wszystko! -Posłałam szeroki uśmiech w stronę Panny Martin, która coraz bardziej mnie do siebie zniechęcała. Nienawidzę takich pustych nastolatek, które uważają nowo poznane osoby za przyjaciół i robią wszystko dla popularności. Nienawidzę ich, ponieważ sama taka byłam. Usłyszałam jak Charlotte krztusi się frytką, ale wreszcie bez uderzenia w plecy sobie radzi i mówi:
-Clove, już zjadłam. Idziemy.
-Ale ja jeszcze... - Nie zdążyłam dokończyć, a Charlotte pociągnęła mnie za ramię a ja z otwartą sałatką na tacy (która cała przez to szarpnięcie się wywaliła z plastikowego opakowania) wstałam i ciągnięta przez Charlotte szłam tyłem. -Co ty robisz!?
-Nienawidzę Lydii Martin. Dosyć.
-Przecież jest miła i taka słodka. -Kłamałam, ale robiłam to... Z MIŁOŚCIĄ!
-Po twojej minie było widać, że też masz jej dość. -Aż tak to było widać? Byłam aż tak zniesmaczona? Jeżeli to było widać to Martin się tylko ośmieszała. -A wiesz kto wcześniej się przyjaźnił z Lydią Martin? Dlaczego wszyscy się jej boją? I kto wcześniej się spotykał z Jacksonem Whittemorem? JA! CHARLOTTE RORAINE! -Mówiła to z wściekłym szeptem. Jakby wężowym głosem z jadem. Nie. Nie ważne. Co ja zaczynam myśleć? Czy ja postradałam umysł?
-A czemu z tobą zerwał?
-Bo moja przyjaciółka Lydia mi go poderwała? -Znowu wężowy głos.
Następna lekcja to była chemia z Panem Harrisem, jak się przedstawił. Kompletnie nic nie rozumiem. W Seattle miałam ogólnie inne tematy na chemii niż te co oni tutaj. Nie mam pojęcia o czym gada ten facet.
-Może nowa koleżanka Hale podejdzie do tablicy, skoro tak pięknie rysuje w notatkach to równanie chemiczne tez umie. Proszę Panno Hale?
-Co? -Nie słuchałam go. Pomimo, że nic nie rozumiem to i tak go nie słuchałam, tylko rysowałam jakieś twarze na kartkach w segregatorze, udając że robię notatki. Harris stał centralnie nade mną, a ja z osłupiałą miną wyprostowałam się, szybko zamknęła segregator i przełknęłam głośno ślinę. -Znaczy, słucham?
-Do tablicy i na następny raz grzeczniej. Grabisz sobie w pierwszy dzień, Hale. -Cała klasa się na mnie patrzyła ze zdziwieniem. Chyba to jeden z tych 'okropnych' nauczycieli. Co ja narobiłam. Na tablicy były rzeczy, których nie ogarniałam. Nic. Wzięłam do ręki kredę i próbowałam coś napisać. Zacisnęłam rękę w pięść. Nie tu, nie teraz. Nie wysuwaj pazurów, Clove. Przecież umiesz się powstrzymać. Odetchnęłam głęboko i ta myśl o pazurach już przeszła. Przyjrzałam się dokładniej wzorowi, ale i tak nic nie umiałam. Jeszcze chwilę myślałam, bez skutków.
-Siadaj. Lepiej się naucz i pisz notatki bo będziesz miała przechlapane. -Powiedział znudzonym głosem Harris. Potaknęłam i usiadłam. Nieźle się wkopałam. Zadzwonił dzwonek. Wreszcie, sama udręka. Jeszcze zapisy do cheerleaderek i koniec zajęć.
-Hej, Clove! -Usłyszałam jak ktoś krzyczał do mnie. Odwróciłam się i zobaczyłam Stiles'a machającego i biegnącego moją stronę. Pewnie chce odwołać tą imprezę. Nie szkoda. -Bo pomyślałem, że jak nie radzisz sobie z tą chemią to może wpadniesz dziś do mnie i się pouczymy razem? Pomogę ci, dla mnie to łatwe. -Jednak nie chce tego odwołać. Ciekawe, a nawet chce się umówić.
-Pewnie, tylko podaj mi swój adres i numer telefonu.
-Tak, już podaję.
-Poczekaj wyjmę telefon i zapiszę.
-Tylko ja mam teraz jeszcze trening Lacrosse i...
-Spoko, ja mam jeszcze zapisy do cheerleaderek, więc...
***
Taki trochę krótki rozdział na sam początek. Mam nadzieję, że się spodoba. :)
XX
.gif)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz